Bez kategorii, Muzyka klasyczna, Muzyka współczesna, Polska

Kościelec 1909

Tę opowieść o pewnym niezwykłym i piorunującym utworze, chciałbym zadedykować pamięci wszystkich ofiar czarnej serii wypadków, jakie miały miejsce tej jesieni w Tatrach, a w szczególności pamięci mojego przyjaciela Krzysztofa, który  jak się zresztą niedawno  dowiedziałem za ziemskiego życia dobrze znał i cenił ów utwór. 

Ilekroć myślimy o wysokich partiach gór, dotykamy czegoś mistycznego, przestrzeni zahaczającej skalistymi czubkami niemal o transcendencję. Ta mistyka wiąże się jednak  również z bliskością śmierci, która mimo że oczywiście rozważnego i dobrze przygotowanego wyjścia w góry nie możemy rozpatrywać w kategoriach samobójstwa, na skalistych turniach staje się towarzyszką zdecydowanie bliższą niż na nizinach.  

8 lutego 1909 roku Mieczysław Karłowicz wyruszył na samotną górską  wyprawę, poruszając się zresztą na nartach. Nikt nie przypuszczał, że na pozbawionym przecież większych trudności szlaku z Hali Gąsienicowej nad Czarny Staw Gąsienicowy, może stać się cokolwiek człowiekowi będącemu jednym z pionierów polskiego taternictwa. Sam kompozytor był przecież wciąż jeszcze w sile wieku i dopiero co cieszył się z entuzjastycznego przyjęcia przez warszawską publiczność jego Odwiecznych pieśni – poematu tak silnie czerpiącego zresztą z metafizycznego obcowania z tatrzańską przestrzenią. 

Niestety jak wiemy więcej utworów Karłowicza nie doczekało się premiery za jego życia, bowiem artysta nie wrócił ze swojej wyprawy. Porwała go śnieżna lawina, która zeszła z Małego Kościelca i tego dnia ziemska wędrówka tego wielkiego młodopolskiego kompozytora dobiegła kresu. 

Kamień upamiętniający śmierć Mieczysława Karłowicza, umieszczony na zboczach Małego Kościelca, poniżej szlaków.

Tragiczne wydarzenie, jakie miało miejsce pod Małym Kościelcem zostało upamiętnione nie tylko przez widoczny z wspomnianego szlaku słynny kamień. Śmierć Karłowicza stała się także inspiracją dla Wojciecha Kilara, który podjął się próby muzycznego zilustrowania dramatycznego wydarzenia we wspomnianym w tytule poemacie symfonicznym Kościelec 1909.  

Utwór Kilara ma już od pierwszych taktów wywołać w słuchaczu odczucie grozy i złowieszczości zimowego,  górskiego krajobrazu. Kompozytor serwuje odbiorcy przenikliwe długie nuty w niskich rejestrach, grane przez wiolonczele i kontrabasy po pewnym czasie nakładając na nie tajemnicze i pełne napięcia harfowe arpeggia. Dopiero po­­­ kilku minutach kompozytor wprowadza nowe pomysły – dodaje instrumenty dęte drewniane (zwłaszcza fagoty), po których pojawiają się grane przez cały kwintet smyczkowy sekwencje gęstych pełnych mistyczności akordów. Przeplatają się one z mocno dysonansowymi odpowiedziami sekcji dętej, nigdy jednak kompozytor nie epatuje czymś, co nazwalibyśmy zgrzytem dla samego zgrzytu, przeciąganym by celowo zmęczyć słuchacza. W pewnym momencie między tę wymianę spokojnych acz złowrogich brzmień wchodzi solowa partia trąbki, której dostojny dźwięk przywodzi na myśl trąbę wzywającą umarłych na sąd. Ten fragment doprowadza nas do orkiestrowego tutti i po krótkiej chwili następuje wyraźny oddech i cezura  w utworze. 

Po tej chwili oddechu rozlegają się kotły, których dźwięk złowrogo narasta i prowadzi nas do sekwencji powtórzonych jak brutalny krzyk klasterów, granych przez instrumenty dęte i perkusjonalia. Po nich znów raczy nas Kilar brzmieniem instrumentów dętych stawiających, znów piony harmoniczne niczym niepewne kroki na górskim szlaku. Chwilę później kwintet wprowadza nową bardziej liryczną myśl, która daje przez moment nieco oddechu i próbuje bardziej wzruszyć niż wstrząsnąć. Z czasem harmonia zagęszcza się jednak i powracają owe przenikliwe, mistyczne akordy, znane już, co do charakteru z wcześniejszych fragmentów poematu. Kolejne wejścia instrumentów dętych prowadzą nas do swego rodzaju kilarowskiego apogeum dramaturgii. Tu można doszukać się  ilustracji samego feralnego momentu z 8 lutego 1909, samej chwili w której spadająca z Małego Kościelca lawina porywa na zawsze Mieczysława Karłowicza, choć poniekąd cały utwór ową chwilę zatrzymuje i rozciąga. Po zamilknięciu tych dramatycznych i złowrogich dźwięków, instrumenty dęte drewniane naśladują jakby cichy świst wiatru, jaki pozostał w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą szedł żywy człowiek. Po chwili znów rozlegają się trąbki i kompozytor dokonuje swoistej apoteozy śmierci kompozytora. Utwór kończy się cichymi zanikającymi stopniowo dźwiękami skrzypiec i dolnych rejestrów fortepianu, po których następuje ostatnie crescendo potęgowane rytmicznymi równymi uderzeniami w kotły. 

Kościelec 1909 jest kompozycją przenikniętą na wskroś góralszczyzną, a motywy inspirowane podhalańskim folklorem subtelnie, choć jawnie przenikają całą partyturę. Utwór został – jako swoista apoteoza góralskości i Podhala – przyrównany do baletu Harnasie op. 55 Karola Szymanowskiego. Sam obraz Tatr, również  nie był dla Kilara abstrakcją, dwa lata przed prawykonaniem utworu w 1976 roku, odbył bowiem wycieczkę na Kościelec i trasę z której Mieczysław Karłowicz nigdy nie wrócił miał  przed oczyma podczas pisania poematu. Sam kompozytor o swoim dziele mówił  tak:

Jest opowieścią o tym, co zdarzyło się ósmego lutego 1909 roku pod Małym Kościelcem. Jest jakby zatrzymaniem i rozbudowaniem w czasie tych kilku tragicznych sekund. Jest opowieścią o górach i człowieku, o ich porywającym, dramatycznym związku, jest apoteozą i epitafium, 'pieśnią o miłości i śmierci’. Jest wreszcie moim bardzo osobistym wyznaniem wiary, hołdem dla kogoś, kogo znać nie mogłem, a czyja postać i dzieło są mi coraz bliższe.  

Bez wątpienia to zatrzymanie i rozciągnięcie wydarzenia, które dokonało się przecież w mgnieniu oka udaje się Wojciechowi Kilarowi znakomicie. Z kilku sekund otrzymujemy około 15 minut przejmującej opowieści o człowieku, po którym w jednej chwili pozostaje jedynie (a może należałoby powiedzieć aż?) pamięć i twórczość. Kościelec 1909 to dzieło wywołujące naprawdę piorunujące wrażenie i  nie pozostawiające słuchacza obojętnym. Kontakt z poematem Kilara każe nam skonfrontować się z nieuchronnością śmierci, która całe życie jest z nami jak siostra i nie pozwala nam zapomnieć o wszystkich tych, którzy nie wrócili z górskich szlaków.